Aaa, kotki dwa

Szkoły rodzenia powinny uczyć przyszłych rodziców technik głębokiego oddychania, uspokajania emocji i panowania nad ego, które już niedługo zacznie im podpowiadać: „Wyślij tego bachora na księżyc”. Utraty panowania nad sobą możemy się bowiem spodziewać już podczas pierwszej próby uśpienia naszego potomka.



Podziel się na


Pierwsze tygodnie po narodzinach są, na ogół, sielskie. Wyczerpany trudną misją przyjścia na świat mały człowiek śpi jak zbity, a mama razem z nim. Wraz z nadejściem kolek, ząbkowania czy choćby fascynacji otaczającym światem – sprawa się komplikuje. Nawyki nocne pełzających kruszynek to temat – rzeka. Na dodatek ulegają nieoczekiwanym zmianom. Niestety nie zawsze na lepsze.

Po narodzinach śpi toto jak anioł, przez mniej więcej dwa miesiące. Mama może sobie w tym czasie darować ścielenie łóżka i sumiennie wykorzystywać każdą chwilę, gdy maleństwo „tnie komara”. Z ukończeniem trzeciego miesiąca sprawy zaczynają się komplikować. Toto usypia o dwudziestej, oczywiście na rączkach, podczas odbijania po kolacji. Przed północą budzi się po raz pierwszy na „małe co nieco”. Około trzeciej ma mokrą pieluszkę i nie podoba mu się łóżeczko, więc rodzice przygarniają maleństwo do siebie. O szóstej toto wita początek dnia świeżutkie jak szczypiorek. Rodzice przypominają zwiędłego pora.

Z upływem czasu pory zasypiania toto zaczynają się przesuwać. Zaprogramowani przez poradniki wychowawcze rodzice próbują za wszelką cenę realizować przykaz, że dzieci potrzebują regularnego trybu życia. Dokładają więc wszelkich starań, aby położyć potomstwo spać o dwudziestej. Toto protestuje, kwiląc i piszcząc zawzięcie. Rodzice nie ustają w próbach. Toto krzyczy. Rodzice nadal tulą, noszą i śpiewają kołysanki. W końcu toto robi manifę i wpada w histerię. I to nie byle jaką, ale taką z katarkiem, krztuszeniem się, charczeniem i zanoszeniem się płaczem do czerwoności. Rodzice kapitulują.

Gdy tylko toto znajduje się znowu w centrum wydarzeń, wraca mu humor. Fika radośnie nóżkami, gaworzy, łypie na rodziców figlarnie i kombinuje, jakby się tu przekręcić na brzuszek. Gdy toto zasypia o dwudziestej trzeciej, czas nieprzerwanego snu wydłuża mu się do pięciu godzin, co z punktu widzenia rodziców jest niewątpliwym plusem. O trzeciej nad ranem toto zaspokaja głód i ponownie idzie w kimono, ale gotowe do wstania znowu jest już o szóstej. Pobudka oznajmiana jest głośno i wyraźnie, żeby nikt nie miał wątpliwości – już najwyższa pora wstać i wszelki poślizg w opuszczaniu łóżka jest wysoce naganny, a już lunatykowanie mamy – karygodne. Toto oczekuje, że mama jest o szóstej rano zdolna do energicznego sprintu. Gdy toto zostaje przewinięte i ukochane – czas na śniadanko. Mama odsłania okna, parzy sobie kawę z czterech łyżeczek i barykaduje toto na łóżku, zabezpieczając je tym samym przed spadnięciem. I kiedy już mama kawy się napije, dojdzie do siebie, odzyska świadomość, przypomni sobie, jaki mamy dzień tygodnia, pozachwyca się, że „kto rano wstaje, temu Pan Bóg…” (po to, żeby oswoić nieludzką porę), wtedy właśnie toto wkłada kciuk do buzi i ponownie idzie spać. Mama zwija się bezradnie na tym skraju wersalki, który jej pozostał, zamyka oczy i prosi Morfeusza, żeby zechciał ją jeszcze pokołysać w objęciach. Ale Morfeusz nie daje się w nabić w butelkę: skoro już kobieto wstałaś, to teraz czuwaj, do zobaczenia wieczorem, wrócę po ciebie, gdy już się będziesz słaniać na nogach. A toto śpi sobie w najlepsze do dziesiątej, budzi się z uśmiechem, bo – o! – mama obok. I rozpoczyna dzień.

Gdy toto kończy pięć miesięcy i zaczyna pełzać po pokoju, przemienia się w komandosa, który działa na baterie znanej firmy i funkcjonuje 18/24, siedem dni w tygodniu. Baterii z takiego modelu niestety usunąć się nie da, co dla rodzica, który potrzebuje przynajmniej pięciu godzin ciągłego snu (żeby nie sfiksować), bywa dość uciążliwe. Co więcej, podczas usypiania dziecka dzieją się rzeczy niesłychane. W czasie, w którym w domu powinna panować niczym niezmącona cisza, jak na złość: rodzicom strzelają rzepki w kolanach, szeleści czytana właśnie gazeta, drzwi zaczynają skrzypieć, na playliście złożonej z leniwych ballad omyłkowo pojawia się Agnieszka Chylińska, dzwoni telefon, a rodzicowi zbiera się nagle na kichanie… Jak na ironię – dzieci, którym podczas drzemki na spacerze nie przeszkadza nawet syrena alarmowa, reagują na te wszystkie dźwięki tak, jakby właśnie wybuchła trzecia wojna światowa.

Dopóki nie zostałam mamą, w głowie mi się nie mieściło, że paromiesięczny bąk może: a) krzyczeć tak głośno, b) krzyczeć tak długo i nie paść ze zmęczenia, c) krzyczeć tak długo i tak głośno tylko dlatego, że o czwartej nad ranem po prostu przestało mu się chcieć spać. A teraz już wiem. Rodzice, którym trafiają się pociechy uznające sen za szczyt marnotrawienia cennego czasu, znają na pamięć ofertę telesklepów na wszystkich możliwych kanałach. W pierwszym roku życia mojej córki niewiele brakowało, żebym uwierzyła, iż telezakupy oferują nam interes życia i na poważnie rozważałam zakup cudotwórczej poduszki na bóle kręgosłupa. Byłam też znawcą wszystkich seriali powtarzanych z reguły bladym świtem i prawie dałam się przekonać, że Małgorzata Foremniak jest doktor Zosią, a Foremniak to jedynie pseudonim artystyczny.

Magiczny przełom następuje na ogół, gdy dziecku wyrosną zęby. Albo, gdy nastanie zima i świat spowiją ciemności. Albo, gdy dziecko zacznie chodzić do przedszkola i będzie wyczerpane nadmiarem wrażeń. Ale jeśli to nie pomoże, pozostaje mieć nadzieję, że nasza pociecha zacznie sypiać wraz z osiągnięciem wieku szkolnego. Bo słyszał kto kiedy, żeby dzieci wstawały ochoczo do szkoły?