Emigracja nie taka dobra dla maluchów

Umęczona korkami, ubogimi placami zabaw i parkami daleko od domu, myślałam: jak fajnie byłoby stąd wyjechać. I udało nam się.



Podziel się na


Na parę miesięcy co prawda, ale to w sam raz, żeby przetestować na własnej i dziecka skórze różne rozwiązania i powiedzieć uczciwie: całkiem nieźle się nam żyje w domu, w Polsce.

Mój syn tuż przed wyjazdem zaczął ładnie mówić i odkrył, że to świetny sposób komunikacji z otoczeniem, przekazywania swoich sądów i żądań. A tu klops – w obcym kraju nikt go nie rozumie i on nie rozumie nikogo. Gdy ja próbuję porozumieć się w innymi języku, on się złości, czuje się wykluczony. Mama, jego jedyny łącznik z tym dziwnym światem, odcina się od niego i mówi coś niezrozumiałego. A więc pępowina, którą z dużym wysiłkiem odcinaliśmy przez ostatnie miesiące, znów się zasupłuje, bo spędzamy wyłącznie ze sobą każdą chwilę.

Widać też, że Kuba czuje się samotny, bo co jakiś czas pakuje się i mówi, że jedzie do babci albo udaje, że rozmawia z nią przez telefon. Pyta, czy kolega z podwórka też teraz zasypia i czy kuzynka wychodzi właśnie na spacer… Zaczął rozmawiać z misiem i rycerzami, chce, żebyśmy odpowiadali za pluszaki. Nie wiem, czy nadszedł właśnie etap tajemniczego przyjaciela, czy to efekt przenosin… Gdy firma przeprowadzkowa dowiozła nam nasz dobytek, Kuba oszalał z radości na widok swoich zabawek, ale potem się złościł, jakby przypomniały mu o innym miejscu, innym domu.

Zaraz po przyjeździe zagadnęła nas czternastolatka z sąsiedniej klatki, czy nie potrzebujemy babysitterki. Jasne, zgodziłam się, przynajmniej dziecko będzie miało jakieś towarzystwo. Dziewczynka jest Włoszką, mówi po francusku i po angielsku, ale z moim synem nijak nie może się dogadać. Bezsłowna pantomima działa tylko przez chwilę, potem ja tłumaczę Kubę na angielski, ona próbuje go uczyć paru francuskich słówek – kompletny chaos, aż w końcu mały wybiega z płaczem do innego pokoju.

Szukamy więc polskich dzieci. Spotkania z nimi to wielka atrakcja, ale też nie zaspokaja wszystkich potrzeb: to są nowi koledzy i koleżanki, a Kuba tęskni za starymi… Chyba byłoby prościej przenosić się, gdy ma się niemowlę, dla którego mama i tata są całym światem.

A gdy się już tutaj rozejrzymy, zadomowimy, zaprzyjaźnimy i poczujemy jak u siebie, trzeba będzie wracać do Polski. Mam nadzieję, że w drugą stronę będzie nieco łatwiej, choć znów trzeba będzie spodziewać się trzytygodniowego okresu przystosowawczego.

Jaki stąd płynie wniosek? Już wiem, że na przyszłość ostrożnie trzeba będzie zmieniać dziecku środowisko i szkołę (zresztą sama doskonale pamiętam moje liczne i traumatyczne przenosiny z miasta do miasta, z osiedla na osiedle, z klasy do klasy) – i nie odgrażać się, że łatwo wyniesiemy się do stolicy czy innego kraju. Starych drzew się nie przesadza, ale z młodymi też trzeba uważać, bo mogą się nie przyjąć. Synek koleżanki po przeprowadzce do Brukseli – w ramach protestu czy ze stresu – zamilkł na długie miesiące.