Espresso

Jak nie dać się zwieść modzie, jak nie pozwolić zrobić biznesu na własnym porodzie? Jak zachować umiar i zdrowy rozsądek, będąc zasypywanym milionem sprzecznych informacji? Próbuję odszukać swoją drogę w gąszczu tych „prawd”, z których każda z założenia jest najlepsza dla mojego dziecka. Szukam wskazówek.



Podziel się na


Esspresso, latte, mocca? Biała czy czarna? Z cukrem, czy bez? A może z dodatkiem miodu lub czekolady?

Stoję w zatłoczonej kawiarni przesyconej zapachami kawy, miodu, czekolady i kakao. Kelnerka zasypała mnie tysiącem pytań i zniecierpliwiona oczekuje na dokonanie przeze mnie wyboru.

Nie zdawałam sobie sprawy z ilości decyzji, jaką człowiek musi podjąć, kupując kawę. Kiedyś wystarczała mała czarna, a dziś kawiarniane menu liczy co najmniej 2 strony.

Bezkofeinowa – odpowiadam, głaszcząc się po jeszcze niewidocznym, aczkolwiek szybko rosnącym brzuszku.

Opadam zmęczona na miękką, zamszową kanapę w kolorze bordo. Po całym dniu pracy wtulam się w nią, jak w babciny sweter. Wracając z pracy, wstąpiłam jeszcze do Zośki – koleżanki z liceum, która jest położną. Wsuwam rękę do torebki i wyciągam z niej kartkę z notatkami ze spotkania z Zosią.

Poród w domu, czy w szpitalu? Siłami natury, czy przez cesarskie cięcie? Ze znieczuleniem lub bez? A może poród lotosowy?

Przypomina mi się ilość pytań zadanych przez kelnerkę. Menu kaw – menu porodu. Trudno mi podjąć decyzję przy wyborze kawy – tym trudniej, gdy dotyczyć ma przyjścia na świat mojego dziecka. Czy na pewno to ja powinnam o tym wszystkim decydować? Czym mam się sugerować przy podjęciu decyzji? Co będzie najlepsze dla mojego dziecka?

Jeszcze niedawno poród był tylko momentem poprzedzającym macierzyństwo. Kobiety rodziły w domu z pomocą akuszerki, mężowie często uciekali do sąsiada żeby nie słyszeć krzyków.

Dziś o tym, jak czy gdzie możemy rodzić, dyskutuje się w mediach, organizowane są konferencje na całym świecie. Rodzaje porodów mnożą się, jak grzyby po deszczu. Mówi się, że to wynik powrotu do natury… a może to biznes lub moda?

Zanim podejmę decyzję, jak urodzę, postanawiam sprawdzić w internecie kilka haseł, które rzuciła mi Zośka. Jedno przykuwa moją szczególną uwagę, bo liczba jego zwolenników jest chyba równa liczbie przeciwników i budzi wśród obu stron wiele emocji.

Poród lotosowy” – to praktyka nie przecinania pępowiny i pozostawienia dziecka połączonego z łożyskiem aż do momentu, gdy pępowina sama w sposób naturalny odpadnie od pępka w ciągu 3 do 10 dni po narodzinach – dokładnie tak samo, jak przecięta pępowina. Ten przedłużony kontakt można postrzegać jako czas przejściowy, pozwalający dziecku powoli i łagodnie oddzielić się od przywiązania do ciała matki” (dr Sarah Buckley, czasopismo „Pregnancy”, wiosna 1998).

Podobno dzieci urodzone lotosowo mają więcej energii życiowej, są bardziej pewne siebie, mają większą odporność na choroby.
Dla jednych ideologiczny mętlik noszący znamiona sekty, dla innych zapewnienie dziecku ważnego etapu-fazy przejścia między światem duchowym a naszym, materialnym.

Wszystko to brzmi dziwnie, ciekawie – tak, jak to przeważnie bywa z nowymi rzeczami.
Próbuję sobie wyobrazić maleńką istotkę leżącą w swoim łóżeczku, a obok niej miskę z solą, która jest niezbędna do przechowywania łożyska. Jak karmić dziecko? Jak jechać z nim np. do przychodni? Jak ubierać, kąpać? W głowie rodzi mi się milion pytań, a wśród nich to jedno najważniejsze: „ Po co?”.

Czy w ten sposób narażamy dziecko na niebezpieczne infekcje, jak twierdzą przeciwnicy tych porodów oraz jeden z lekarzy w Hrubieszowie, którego poparł sąd rodzinny i wydał nakaz wykonania zabiegu odcięcia pępowiny wbrew woli rodziców ze względu na wzrost ilości białych krwinek we krwi?

A może wzrost białych krwinek był tylko etapem przejściowym, jak twierdzą zwolennicy porodów lotosowych, niezbędnym do nabrania odporności przez dziecko i właśnie dzięki temu maluszek ma możliwość skorzystania ze wszystkich zalet krwi pępowinowej, o której tyle się mówi, a nawet tworzy specjalne banki?

W dzisiejszych czasach psychologia prenatalna rozwija się w zaskakująco szybkim tempie. Znaleziono już dowody na związek między sposobem porodu a tym, jakie będzie moje dziecko, gdy dorośnie – chociażby to, że cesarskie cięcie może zmienić strukturę DNA dziecka (badania naukowców ze sztokholmskiego Instytutu Karolinska). W obliczu tych badań poród lotosowy wydaje się mieć sens.

A może to tylko kolejna moda, tak jak ta na porody w pozycji leżącej, którą zapoczątkował Ludwik XIV w 1663 roku (chcąc lepiej widzieć, jak przychodzi na świat jego potomek rozkazał, by jego kochanka Louise de la Valliere urodziła leżąc na plecach), a trwała prawie do dziś, bo inne kobiety uznały to za poród elitarny i zaczęły naśladować Luise de la Valliere. Mimo, że jest to pozycja zupełnie nienaturalna do porodu, utrudniająca i spowalniająca go, dzięki modzie… przetrwała wieki.
Czy z cesarskim cięciem nie jest podobnie? Jest „zarezerwowane” dla bogatych, bo teoretycznie cięcie na życzenie nie istnieje, a praktycznie jego dostępność zależy od zasobności naszego portfela. W ciągu ostatnich lat liczba cesarskich cięć w niektórych szpitalach w Polsce przekroczyła nawet 60%!

Jest jeszcze zupełnie inny nurt – antagonista cesarek na życzenie, a mianowicie moda na powrót do natury. Na świecie otwierane są kolejne domy narodzin, coraz więcej mówi się o porodach w wodzie, bez znieczulenia, lotosowych. Czy to tylko kolejna moda?

Zastanawiam się, gdzie jest granica? Co jeszcze jesteśmy w stanie wymyślić chcąc dobra naszych potomków i na ile faktycznie przyniesie im to korzyści?! Gdzie leży granica pomysłowości indywidualnej jednostki, matki, a gdzie rozpoczynają się kompetencje lekarskie, nakazy sądowe? Kto wie, co dla nas, naszych brzuchów i noszonych w nich dzieci jest najlepsze?

Jak nie dać się zwieść modzie, jak nie pozwolić zrobić biznesu na własnym porodzie? Jak zachować umiar i zdrowy rozsądek będąc zasypywanym milionem sprzecznych informacji? Próbuję odszukać swoją drogę w gąszczu tych „prawd”, z których każda z założenia jest najlepsza dla mojego dziecka. Szukam wskazówek. Czytam zażarte dyskusje zwolenników, jak i przeciwników, bo warto poznać opinie obu stron zanim wyrobi się własne zdanie. A tak dyskusje bywają bardzo zażarte. Ktoś wierzy, że dzięki nie odcinaniu pępowiny jego dziecko nie będzie miało w przyszłości np. ADHD, bo będzie człowiekiem spokojnym i opanowanym. Kto inny twierdzi, że lepiej zjeść własne łożysko, bo jest to bardziej naturalne i bezpieczne dla dziecka, niż trzymanie go przy maluszku, dla którego może stać się źródłem zarazków. Pewnie jak w każdej historii tak i w opiniach, i argumentach obu stron jest ziarnko prawdy.

Co zrobię? Jak urodzę?

Zośka ostrzega, żebym nie popadała w skrajności, nie próbowała robić czegoś na siłę, skoro sama tego nie chcę, nie czuję. Mówi, że nie ma jednego ”złotego” rozwiązania dla wszystkich. Każdy z tych porodów może okazać się tym właściwym, bo każda kobieta potrzebuje czegoś innego. Jednym szpitalna sala i lekarze wkoło dają poczucie bezpieczeństwa, bo wiedzą, że ktoś czuwa nad nimi – a w innych ta sytuacja wzbudzi strach, bo już sam kitel przywołuje np. nieprzyjemne wspomnienia z dzieciństwa. Dla tych drugich ważniejsza może być intymność i oni lepiej odnajdą się w porodach w domu.

Trzeba tylko wsłuchać się w siebie. Co dla nas w porodzie jest najważniejsze. Nie dla dziecka, bo jego dobro zawsze jest najważniejsze, ale dla nas – matek. Czy pragniemy intymności, spokoju i domowego zacisza, czy bezpieczniej poczujemy się wiedząc, że ktoś „mądrzejszy” czuwa nad nami, a sprzęt KTG rejestruje bicie serca maleństwa.

Poród bezpieczny, poród tzw. „łatwy”, to nie kwestia mody, czy biznesu, tylko przemyślenia, wsłuchania się w siebie i dokonania właściwego dla siebie wyboru, przy którym inni mogą mi tylko pomóc, podpowiedzieć. Ale to ja sama powinnam podjąć ostateczną decyzję.

Czy zdam się na lekarza i stanę się bezwolnym przedmiotem własnego porodu, a może urodzę w domu, aby być jego podmiotem, a nie tylko „obserwatorem”? Z drugiej strony po co mam cierpieć, skoro nie muszę?

Decyzję podejmę sama i nie powiem o niej głośno, bo jeszcze stanie się kolejną modą.