Jak nie zwariować patrząc na cierpienie własnego dziecka?

Jak nie zwariować patrząc na cierpienie własnego dziecka? Jak zachować wtedy zdrowy rozsądek, logiczne myślenie i opanowanie?



Podziel się na


Siedzę na miękkiej kanapie z wtulonym we mnie 12-sto kilogramowym „piecykiem” – Julką na kolanach. Czekamy na dobrze nam znany odgłos: „pi,pi,pi”. Zerkam na termometr i już wiem, że znowu się zaczyna błędne koło. Na początku choruje jedna z moich córek. Próbujemy opanować sytuację, odizolować ją od sióstr, co oczywiście mieszkając w pod jednym dachem jest niemożliwe. Po paru godzinach dołącza więc do niej druga z córek. Choroba trzeciej jest już tylko kwestią czasu.

Znów zerkam na termometr i jeszcze przez chwilę łudzę się, że tym razem gorączka spowodowana jest wyrastającym zębem.

„Tak, to z pewnością zęby” – wmawiam sobie do chwili, gdy słyszę kolejne „pi,pi,pi” tym razem dobiegające spod pachy Nel. Zerkam na mały kawałek plastiku. Niestety nie wmówię sobie, że rosnące zęby są chorobą zakaźną. Wiem już, że to wirus. Kolejny w tym miesiącu. Wiem też dobrze, co to oznacza dla dzieci, dla mnie i męża. Kolejne nieprzespane noce, kolejne wizyty u lekarzy, tony leków, godziny płaczu i marudzenia.

Skoro znam już przebieg wydarzeń, wiem co mnie czeka, to powinno mi być łatwiej. A mimo to za każdym razem, gdy dzieje się coś ze zdrowiem dzieci, umieram ze strachu. Bezradność wobec ich cierpienia jest jak wielki potwór z moich dziecinnych koszmarów, który czyha żeby mnie zjeść. Czasem tak bardzo się o nie boję, że chciałabym uciec przed światem gdzieś w kąt żeby się wypłakać, ale wiem, że to niemożliwe. Nie mogę okazać lęku, bo wtedy małe cierpiące istotki wyczują moje emocje i same zaczną się bać. Tak, jak kilka tygodni temu, gdy trzymałam z całych sił leżącą na stole operacyjnym córkę, której zszywali brodę. Ściskałam jej wyrywające się ciało, a łzy ciekły mi po policzkach. Na szczęście córka miała zasłoniętą twarz i nie widziała mojego strachu. Lekko drżącym głosem mówiłam tylko „Kochanie, zaraz wszystko będzie dobrze. Wytrzymaj, wytrzymaj”. Powtarzałam to chyba bardziej sobie niż jej. Albo wtedy, gdy spędziłam tydzień z trzema córkami w szpitalu z powodu rotawirusa. Zasypiając na szpitalnym parapecie patrzyłam na moje małe kruszynki z kabelkami wystającymi z rąk. Tak bardzo chciałam im pomóc, tak bardzo przejąć ten ból. Gdy spały, płakałam ze strachu o nie – a może z bezradności?

Jak nie zwariować patrząc na cierpienie własnego dziecka? Jak zachować zdrowy rozsądek, logiczne myślenie i opanowanie, kiedy np. trzyma się na rękach Alicję wymiotującą już trzecią godzinę; albo gdy widzi się oczy Julii, których białka stały się czerwone, bo bardzo wysoka gorączka osłabiła naczynka. I uparcie nie chce spaść.

Mówią, że przy kolejnym dziecku jest łatwiej, bo człowiek już tak nie panikuje. Prawdą jest, że nie jeżdżę już do szpitala po każdym upadku któregoś z moich dzieci, a z rozciętą brodą Alicji na szycie pojechałyśmy dopiero na drugi dzień licząc, że to tylko małe obtarcie naskórka. Ale czy jest mi z tego powodu łatwiej? Z pewnością nie. Każda ich wysoka temperatura, każda wizyta w szpitalu, każda choroba powoduje u mnie szybsze bicie serca, drżenie mięśni, zaciśnięcie pięści. Taka swoista mobilizacja mojego organizmu wobec niebezpieczeństwa, lęków, które się pojawiają. Nawet gdybym urodziła jeszcze pięcioro dzieci, to lęk o ich zdrowie wciąż pozostanie ten sam.

Idę przygotować zestaw lekarstw i utulić moje małe księżniczki do snu. Zwłaszcza teraz potrzebują dużo mojego ciepła, mojej miłości. Bo cóż pozostaje nam – matkom w obliczu choroby własnego dziecka – przytulać i kochać, kochać i przytulać – to chyba najlepsze matczyne lekarstwo :-)