Lekarz prowadzący ciążę – przyjaciel, profesjonalista, rutyniarz?

Spotykamy się na kawie u Magdy. Kaśka i Iwona też już są. Wszystkie w ciąży były mniej więcej w tym samym czasie. Każda jednak wybrała inny rodzaj opieki okołoporodowej.

lekarz prowadzący ciążę


Podziel się na


Rozmawiamy o tym, czym kierować się przy wyborze lekarza prowadzącego ciążę, z jakimi wiąże się to kosztami, jakie mogą nas czekać niespodzianki oraz która forma opieki jest lepsza – prywatna czy państwowa?

Jak trafiłyście do lekarza prowadzącego ciążę?

– M: Moja ciąża nie była planowana, więc i lekarza znalazłam właściwie przez przypadek (Magda się śmieje). Kiedy na teście pojawiły się dwie kreseczki, a w głowie panika i dezorientacja, nie bardzo wiedzieliśmy, co zrobić. Pamiętam – było późnie popołudnie, kiedy odebrałam wyniki badań krwi ostatecznie potwierdzające mój stan błogosławiony. Żadnych szans na wizytę w państwowej przychodni. Ja ryczę wniebogłosy ze stresu i strachu. Wszyscy lekarze, jakich znam oddaleni o 200 kilometrów – w moim rodzinnym mieście – bo w ciągu pięciu lat studiów jakoś nie było czasu na wypełnienie deklaracji zmiany lekarza. Usiedliśmy wtedy przed komputerem i znaleźliśmy stronę internetową prywatnego gabinetu. Już po godzinie byliśmy na miejscu. Lekarka bezbłędnie odgadnęła naszą sytuację. Szczerze porozmawiałyśmy i bardzo mi to pomogło. Kiedy od niej wychodziłam, a ze wszystkich ścian gabinetu patrzyły na mnie słodkie buzie maluchów, których mamy były jej pacjentkami, miałam w sobie takie przekonanie, że dobrze trafiłam. Umówiłam się na kolejną wizytę. Tak już zostało. I postanowiłam wtedy, że zdjęcie mojego dziecka też tu kiedyś zawiśnie.

– K: I wisi (wcina się Kaśka). Magda poleciła mi ten gabinet. Więc jeszcze przed ciążą byłam pacjentką tej samej lekarki, co ona. Też zrobiły na mnie wrażenie wszechobecne fotki dzieciaków. Rodzice dziękują w ten sposób za dobre poprowadzenie ciąży. Kiedy okazało się, że sama spodziewam się dziecka – zostałam przy tej lekarce. Po czterech miesiącach zmieniłam jednak lekarza prowadzącego, bo zdecydowaliśmy się na poród w naszym rodzinnym mieście. Ginekologa poleciła nam moja ciotka. Lekarz ten to człowiek o znanym w środowisku medycznym nazwisku, wielki specjalista – szczególnie w sprawach niepłodności. Przyjmuje państwowo i ma swój prywatny gabinet. Trafić na jego państwową listę graniczy niemalże z cudem, ale nam – dzięki rozmaitym koneksjom – udało się.

lekarz prowadzący ciążę

– I: Przyjście na świat Kacpra było starannie zaplanowane. Jeszcze przed porodem przeprowadziłam mały wywiad wśród znajomych. Nie byłam zadowolona z mojego lekarza ginekologa i byłam pewna, że na czas ciąży chcę go zmienić. Okazało się, że dwie z moich znajomych rodziły w prywatnej klinice ginekologiczno-położniczej. Były bardzo zadowolone. Pojechaliśmy tam wypytać o wszystkie szczegóły. Od razu przyjął mnie lekarz. Spodobało nam się. Klinika wyglądała jak hotel, a nie jak szpital. Przemiła obsługa, piękny wystrój i doświadczeni lekarze – czego chcieć więcej? Byliśmy pod takim wrażeniem, że o koszty zapomnieliśmy zapytać (Iwona się śmieje).

No właśnie, jakie są koszty takiej opieki?

– M: W moim przypadku wydatki były dość duże. Średni koszt wizyty w prywatnym gabinecie to ok. 70 złotych. Każde USG dodatkowo płatne 50 złotych, cytologia płatna. Do tego wszystkie badania krwi i moczu, których podczas ciąży zbiera się dość dużo. Kiedy decydujesz się na prywatny gabinet i chodzisz tam tylko kontrolnie, raz na pół roku – nie są to duże kwoty. Biorąc pod uwagę, że podczas ciąży lekarza odwiedza jednak się mniej więcej raz w miesiącu, a pod koniec ciąży – częściej, koszty rosną. Z drugiej strony jest komfort. Wizyta o 20ej czy nawet 21ej? Nie ma problemu. Żadnego czekania w kolejkach, nowy sprzęt, piękny gabinet.

lekarz prowadzący ciążę

– K: Ja mam największe porównanie – byłam pacjentką zarówno lekarza prywatnego, jak i państwowego. Decydując się na opiekę lekarza państwowego, teoretycznie się nie płaci. Podstawowe badania, na które lekarz daje skierowanie, wykonuje się bezpłatnie w przychodni. Kiedy jednak decydujemy się na dodatkowe badania, jak na przykład USG 3D, USG genetyczne, wymazy czy posiewy, trzeba za nie zapłacić. Najczęściej są wykonywane w gabinecie prywatnym tego samego lekarza albo jego kolegów. Dodatkowo płaciliśmy także za obecność lekarza prowadzącego ciążę podczas porodu. Sprzęt w przychodniach państwowych zdecydowanie starszy, a gabinety gorzej wyposażone niż w przypadku prywatnej opieki medycznej. Kolejki się zdarzają, ale nie jest tragicznie. Najgorsze chyba było to, że lekarz przyjmował dokładnie w godzinach mojej pracy. Umówić się na wieczorną wizytę – owszem, można było – ale do gabinetu prywatnego. I jeszcze jedno. O ile mąż obecny przy USG w gabinecie prywatnym jest normą i lekarka sama go zaprasza, o tyle wprowadzanie męża do gabinetu państwowego, aby mógł podglądnąć malucha podczas USG, nie było już tak naturalne i – miałam wrażenie – niemile widziane.

– I: W prywatnej klinice płaci się za całą opiekę okołoporodową – badania, USG, wizyty u ginekologa. I są to kwoty wyższe niż w zwykłym, prywatnym gabinecie. Ale sam poród jest właściwie bezpłatny – w przypadku mojej kliniki finansował go NFZ. Oczywiście bezpłatny, jeśli wcześniej ciążę prowadzi jeden z lekarzy pracujących w klinice. Dopłaca się za znieczulenie zewnątrzoponowe i za pokój z wysokim standardem. Jeśli chodzi o wizyty – pełen komfort. Dowolnie wybrane godziny, zero kolejek. Można też wybrać rodzaj porodu – na poród w wodzie czy poród domowy decydowało się wiele pacjentek. Za takie udogodnienia też trzeba jednak dopłacić.

Kobiety często tak starannie wybierają lekarzy prowadzących. Jak to było w Waszym przypadku?

– M: Moja ginekolog nie pracuje w szpitalu. Od początku sytuacja była więc jasna i wiedziałam, że korzystanie z usług gabinetu nie zaowocuje jej obecnością przy porodzie. Oczywiście wiele koleżanek radziło jeszcze tuż przed porodem zmienić lekarza – żeby był obecny przy porodzie. Ale spotkaliśmy się też z opiniami, że bycie czyjąś pacjentką i zapłacenie odpowiedniej kwoty wcale nie gwarantuje obecności lekarza przy porodzie. Kasia coś o tym wie (Magda się śmieje). Rozwiązaliśmy ten problem inaczej. Kiedy już wybraliśmy szpital, zrobiliśmy mały wywiad na temat położnych. I tu również zdecydował przypadek. Okazało się, że najlepszą opinię ma położna, z której córką mój mąż chodził do szkoły. Kontakt więc był łatwy. Jeszcze przed porodem mogłam ją poznać, porozmawiać. Kiedy się zaczęło, wystarczył telefon. Przyjechała, choć tego dnia nie miała dyżuru. To ona przyjęła poród. Okazało się, że lekarz w ogóle nie był potrzebny. Potem przez wszystkie dni naszego pobytu w szpitalu wpadała zapytać, czy wszystko w porządku, czy czegoś nie potrzebujemy, uczyła mnie karmić piersią. Dla mnie było to wtedy bardzo ważne. Przyznam szczerze – zapłaciliśmy jej później symboliczną kwotę.

– K: Jak już wspominałam, lekarza prowadzącego zmieniłam w środku ciąży. Oczywiście miał być obecny przy porodzie – zapłaciliśmy za to pokaźną sumkę. Kiedy przyszedł czas, nasz lekarz nie dotarł. Jak się później okazało – wyjechał na wakacje. Nie mieliśmy „zamówionej” położnej – trafiłam więc na całkiem obcych ludzi. Strasznie wtedy mnie to rozstroiło. W dodatku planowaliśmy poród rodzinny, a w ostatniej chwili okazało się, że konieczna jest cesarka. Tak więc – wszystkie nasze plany rozjechały się. Ale obcy lekarz i położna spisali się na medal.
– I: Nasz lekarz przy porodzie był. Też nie miał w ten dzień dyżuru, ale specjalnie przyjechał odebrać poród. I wszystko było wspaniale – piękna sala porodowa, zaufany lekarz, przemiłe pielęgniarki. Tylko, kiedy zaczęłam rodzić, mój mąż nie dał rady (Iwona się śmieje). Po prostu zrobiło mu się słabo i nie był w stanie asystować przy porodzie, o wspieraniu mnie i trzymaniu za rękę nie wspomnę. Sam potrzebował małej pomocy medycznej.

Naszej rozmowie przysłuchuje się z zaciekawieniem mama Magdy:

– Nawet nie wiecie jak to wszystko się zmieniło. Zazdroszczę Wam. Teraz macie wybór: lekarz państwowy, prywatny gabinet, klinika położnicza. Poród rodzinny? Dwadzieścia lat temu nikt o tym nawet nie marzył! USG? Bez szans. A teraz mówicie o USG 3D, USG genetycznym. Poród na wspólnej sali wśród innych krzyczących kobiet, niemiłe, często agresywne położne – to była codzienność. Nikt nie pytał o nacinanie krocza czy lewatywę – to był standard. Zero kontaktu z dzieckiem po porodzie, a z mężem mogłaś wiedzieć się przez szybę – na chwilkę. Pamiętam, jak pięcioletnia wtedy Magda przyszła z ojcem zobaczyć nowo narodzoną siostrę. Strasznie płakała. Mama przez szybkę – nawet dotknąć jej nie można było.

lekarz prowadzący ciążę

– M: Też pamiętam. To jedno z najsilniejszych wspomnień z dzieciństwa. Przyniosłam swojego misia, żeby mama dała siostrze. Nie mieścił się w tej dziurce, przez którą można było rozmawiać. Od tamtej pory rodzenie dzieci kojarzyło mi się właśnie z tą szybą.

– K: Też pamiętam takie szyby. Tata zabrał mnie do szpitala, kiedy urodził się mój straszy brat. To było okropne. Pamiętam, jak pielęgniarki przeganiały mamę, żeby wróciła już do sali. Jak dobrze, że takich szyb już nie ma…

– Poród Magdy był bardzo ciężki (kontynuuje jej mama). Zakażono mnie żółtaczką. Musiałam długo leżeć w szpitalu. Żeby zobaczyć Magdę, wymykałam się w nocy z pokoju, tak żeby pielęgniarki mnie nie przyłapały. Kiedy byłam w ciąży z drugą córką, moja siostra – pracownik służby zdrowia – załatwiła mi poród na oddziale patologii ciąży. W tamtych czasach tylko w ten sposób miało się szansę na odrobinę luksusu. Lepsza opieka, mniej przepełnione sale, miłe pielęgniarki – takie były opinie. Załatwić taki poród – nawet dla pracownika służby zdrowia, który przyjaźnił się z jednym z lekarzy z oddziału – było nie lada wyczynem. Wiecie jak skończył się mój pobyt na tym „lepszym” oddziale? Ja powtórnie zostałam zakażona żółtaczką – tym razem innego typu, a mała – gronkowcem. Skutki tego obie odczuwamy do dziś. Współczesne kobiety chyba nawet nie doceniają tych zmian i rozmaitych możliwości, jakie daje im obecna opieka medyczna.

Jak jednym słowem określiłybyście Waszego lekarza?

– M: Hm… Przyjaciel?

– I: Profesjonalista?

– K: Rutyniarz!

A co dziś radziłybyście kobietom, które szukają dobrego lekarza?

– I: Popytać znajomych i rodzinę. Ewentualnie poczytać fora internetowe – to kopalnia opinii, rozmaitych historii i rankingów lekarzy.

– M: Jeśli mamy zaufanie do naszego lekarza ginekologa, warto przy nim zostać. Nie wahać się jednak zmienić lekarza, jeśli dotychczasowy nie spełnia naszych oczekiwań. Przed porodem wybrać dobrą położną.

– K: Ostrożnie z gabinetami utytułowanych położników i specjalistów. Nie nastawiać się na to, że lekarz prowadzący – nawet jeśli mu za to zapłacimy – będzie na pewno obecny przy porodzie (Kaśka się śmieje). Być przygotowanym na wszelkie niespodzianki.

– M: I nie narzekać, nie panikować, nie przesadzać. Posłuchać opowieści naszych mam i uświadomić sobie, jak wiele się zmieniło przez te dwadzieścia parę lat!

Dopijamy kawę. A mama Magdy przynosi pokazać szpitalne opaski swoich córek. Malutkie. Z wyblakłym nazwiskiem i dopiskiem „córka Heleny”. Mają po dwadzieścia parę lat. Mama Magdy ciągle je trzyma – na pamiątkę. Magda je bardzo lubi. Jeszcze bardziej lubi patrzeć na mamę, kiedy ogląda te opaski swoich córek. Błyszczą jej się wtedy oczy.

Kiedy Magda wychodziła z małą ze szpitala, pielęgniarka nie pozwoliła zachować opaski na pamiątkę. Niektóre szpitale zachowują je bowiem w swoich archiwach wraz z wszystkimi danymi dziecka. To też się więc zmieniło przez te dwadzieścia parę lat…