Papugi i paple

Nie mogę wyjść ze zdziwienia, jak szybko dzieci nasiąkają językiem, który słyszą na co dzień. Długimi miesiącami leży taki szkrab w łóżeczku i gaworzy, a my sądzimy, że możemy sobie do woli i bezkarnie wypowiadać myśli i komentować otaczającą rzeczywistość.



Podziel się na


Aż tu pewnego dnia okazuje się, że przychodzi taki dwulatek do żłobka i mówi pani nauczycielce, że nie będzie rysować, bo jest „strasznie zje.any”. Tak, tak, to nie żart.

„Jesteś elegancka lalunia” dowiedziałam się pewnego dnia od dwuletniego Tomusia, gdy przyszłam po córkę w makijażu i jakaś taka bardziej „ogarnięta” niż zazwyczaj.

Tomuś to naprawdę ma „gadane”. Do półtorarocznej Oli powiedział ostatnio, że jest „słodką małą laską”. To sprawia, że ilekroć spotykam się w szatni z jego tatą, nie mogę powstrzymać głupkowatego uśmiechu. Wyobrażam sobie, jak ten nieprzystępny pan serwuje te wszystkie teksty mamie Tomcia.

Z kolei Sara o oczach Rogasia z Doliny Roztoki (lat 3 i pół) sprawuje nad moją córką siostrzaną opiekę. Razem budują domki z klocków, razem jedzą obiadek i towarzyszą sobie wzajemnie w wyprawach do łazienki. W domu nieustannie słyszę, że „Sarcia to” i „Sarcia tamto”. To niekwestionowany autorytet dla mojej córki, którym z resztą posługuję się czasami, gdy mojego nie starcza. Na przykład z przekonaniem twierdzę, że „Sarcia na pewno nie maluje kredkami po ścianach”, gdy moje dziecko próbuje mi wmówić, że te okropne bazgroły to Pszczółka Maja, Reksio i Zakochany Kundel. I oto okazuje się, że ten trzyletni autorytet „rzuca mięsem” nie gorzej od tych panów, którzy od bladego świtu wyczekują na mrozie na otwarcie monopolowego. Nie będę przytaczać, ale „k…a mać” to jedno z łagodniejszych określeń w jej słowniku.

Papugowanie bywa czasem rozbrajająco słodkie. Wszystkie dzieci, które znam, rzucają się do całowania na hasło: „boli mnie głowa”. Bierze się to zapewne stąd, że my na ogół całujemy każdego nabitego guza czy przytrzaśnięty palec zapewniając, że przestanie boleć. Mój kolega pracoholik, tato czteroletniej Zuzi, cierpiał kiedyś na bóle pleców. Wrócił z pracy i zaległ na kanapie z jękiem: „Strasznie boli mnie kręgosłup”.

To ja ci tatusiu pocałuję, zaoferowała się córa. A po chwili skonsternowana zapytała: Gdzie jest kręgosłup, bo nie wiem, gdzie całować?

Niektóre dzieci potrafią dochodzić do cudownych wniosków. Dwuletnia Lena, córka mojej dobrej, choć wirtualnej koleżanki Wiolki, przeprowadziła z nią taką rozmowę:

– Mamusia, a tatuś gdzie codziennie chodzi rano?

– Do pracy, do apteki.

– A ja?

– Do babci jeździsz.

– A ty?

– Zostaję w domu, bo pracuję w domu.

– A gdzie w domu?

– Przy laptopie, piszę różne rzeczy.

– Tam gdzie ja oglądam bajki w laptopie tym właśnie?

– Tak.

– To ty te bajki piszesz mamo. Tak, to twoja praca.

Cóż może być przyjemniejszego niż zostać bajkopisarką, choćby wyłącznie w oczach własnego dziecka! Niestety, moja córka wyciąga wnioski dość niedorzeczne, a już na pewno mniej przyjemne. Wparowała mi kiedyś bez pukania do łazienki w tzw. „te” dni i na widok podpaski z dezaprobatą zapytała: „Mamo, ty nosisz pieluszkę?!”. I zdobądź się tu człowieku na celną ripostę! Tym bardziej, że tyle czasu próbowałam jej perswadować, że „duże dziewczynki nie noszą pieluszek”. Jak widać – mama nadal nosi.

To niesforne dziecko jest mistrzem wprawiania nas w zakłopotanie. Mój mąż od paru tygodni intensywnie ćwiczy wieczorami. Pewnego dnia po takim wyczerpującym treningu opadł spocony na kanapę. Córka przyszła, spojrzała na niego, skrzywiła się z niesmakiem i zaserwowała mu taki tekst: „Tato, ty śmierdzisz chłopakiem!”.

Z rodzicami wszystkich dzieci, które nie dostrzegają w nich bajkopisarzy czy eleganckich laluń, tylko smrodliwe kłamczuchy z pieluchami – łączę się w bólu :-).