Sielanka z rysą w tle

Lubię myśleć o rodzinie w sielskim pejzażu. Ona już w progu pokazuje mu maleńkie różowe buciki na znak pozytywnego wyniku testu ciążowego.



Podziel się na


On z przejęciem jeździ w nocy na stację benzynową po ogórki kiszone i czekoladę. Ona czule gładzi się po jędrnym, idealnie proporcjonalnym brzuchu. Rodzą razem i w warunkach „po ludzku”. Ona w sukience w kwiatki idzie uśmiechnięta z synkiem do piaskownicy. On wraca z pracy, całuje ich czule w czoło i pełen energii pyta: „To co dziś robimy?” Potem całują się jak nastolatki w alejce supermarketu podczas kupowania pieluch. Gdy ich dziecko ma w nocy wysoką gorączkę, razem podają mu Paracetamol, a rano wita ich zdrowy i uśmiechnięty maluch. A, zapomniałabym. I jeszcze mieszkają w uroczym domu z ogródkiem i wyjeżdżają na wakacje samochodem rodzinnym dobrej klasy.

Choć lubię ten sielski obrazek, wiem, że jest wymysłem twórców reklam, komedii romantycznych i co poniektórych celebrytek udzielających wywiadów dla babskich czasopism. To oni tworzą mitologię, której dajemy się czasem uwodzić, ponieważ oferuje ładny, prosty i poukładany świat. W tym świecie my jesteśmy dobre i atrakcyjne, nasi partnerzy czuli i wspierający, a nasze dzieci grzeczne i zdrowe. Tymczasem w praktyce…

W miejsce słodkich różowych bucików i kolacji przy świecach na okoliczność dwóch kresek na teście widzę raczej zwykły kuchenny stół, a przy nim dwoje ludzi z niepokojem szukających odpowiedzi na pytanie: „Co teraz?” Euforia, owszem, pod warunkiem, że się kochają. Dramat, jeśli nic ich nie łączy. W obu przypadkach głęboko uzasadniony lęk przed zwiastunem nieodwracalnych zmian.

W miejsce ślicznego okrągłego brzuszka, widzę pękaty balon, a na nim czerwone rozstępy. I ten kaczy krok typowy dla tych przyszłych mam, które mają więcej centymetrów w talii niż wzrostu.

Zamiast rodzinnego porodu, obstawiam raczej traumę. Czytanie karty praw pacjenta na izbie przyjęć, podczas gdy po nogach płyną wody płodowe. Warkliwe położne, brak papieru w toalecie po zabiegu lewatywy, zniecierpliwiona lekarka, którą przyjazd przyszłych rodziców wyrwał z drzemki. A potem 4 dni spędzone na ośmioosobowej sali wśród innych młodych mam, ich dzieci i tłumu gości. „To pokaż jak karmisz cycem”, woła uradowana kuzynka wśród tego tłumu gapiów, a salowa wchodzi z mopem akurat wtedy, gdy – w półnegliżu – młodej mamie udało się przystawić maleństwo do piersi.

Po porodzie, zamiast sukienki w groszki wyobrażam sobie raczej t-shirt pożyczony od małżonka. Bo obok szczęściar, które jeszcze w szpitalu mogą wbić się w dżinsy z liceum, są też takie, które muszą się ostro napracować, żeby wejść w rozciągnięte spodnie od dresu. A nawet, jeśli rozmiar jest teoretycznie ten sam, to proporcje inne. Bywa, że biust dynda w okolicy pępka. Bywa, że brzuch przykrywa fałd zbędnej skóry pooranej białymi grubymi rozstępami, którym nie sprosta żaden krem. Szczególnie lubię te cenne rady dotyczące powrotu do figury sprzed ciąży, których udzielają dermatolodzy, kosmetyczki i celebrytki na łamach babskiej prasy. Na przykład, że „jędrność skórze przywrócą zabiegi. Cena jednego zabiegu to 260 złoty, efekty widać już po serii ośmiu zabiegów”. To doprawdy świetna wiadomość! Przeciętna Polka może sobie pozwolić na taki wydatek bez mrugnięcia okiem. A i czasu ma w bród, żeby codziennie wychodzić z domu na kilka godzin – jeśli nie do kosmetyczki, to na siłownię, gdzie – najlepiej pod okiem osobistego trenera – rzeźbi ciało na wzór pani Kasi Cichopek.

Sielskie wizyty w piaskownicy? Raczej nudny obowiązek. Nie oszukujmy się, po przekroczeniu pewnego wieku (nie musi być balzakowski) posiadówa w piaskownicy przestaje być zabawna. Szczęśliwe te mamy, które mogą sobie w tym czasie poczytać gazetę, bo ich pociecha z radością zabiera łopatki innym uczestnikom grabienia i kopania. Gorzej, gdy dzieciak nie chce się oderwać od maminej spódnicy i trzeba się zakopać w piasku razem z nim. Albo gdy potrzebuje nieustannej aprobaty dla swoich poczynań: „Tak Jasiu, to jest mokry piasek”. „Tak, kochanie, pięknie kopiesz”. „Nie, skarbie, to nie twoja łopatka”.

W miejsce cudotwórczych właściwości reklamowanych leków widzę raczej prozaiczną kolejkę do lekarza, małżeński spór o to, kto może sobie pozwolić na zwolnienie chorobowe na dziecko, a w efekcie rozpaczliwy telefon po wsparcie do babci. Widzę też zielony katar, który trwa pierwszy tydzień i kaszel, który ciągnie się przed drugi tydzień, aż po nową infekcję, którą nasze dziecko załapie, kiedy w trzecim tygodniu wreszcie wróci do żłobka czy przedszkola.

Zamiast spontanicznych oznak czułości między rodzicami, spodziewam się co najwyżej całusa w czółko zanim oboje padną wyczerpani na kanapie. Dzika ochota na seks? Fakt, zdarza się podczas ciąży, choć ten fakt reklamy akurat przemilczają. (Swoją drogą ciekawe, jaki byłby odbiór społeczny, gdyby Durex Play reklamowano jako środek do igraszek w ciąży?). Z doświadczeń moich koleżanek wynika, że proporcjonalnie do brzucha rośnie też apetyt na seks. Aż dziw bierze, że nie lądujemy na porodówkach ubrane jedynie w szpilki i węża boa. Niestety po porodzie te cudowne hormony szlag trafia, a spanieli wzrok małżonka w alkowie zaczynamy interpretować jako dowód męskiego braku zrozumienia.

A w miejsce ślicznego domu i bezpiecznego samochodu widzę gigantyczny kredyt, który młodzi rodzice będą spłacać przez kolejnych 40 lat.

Czy jestem czarnowidzem? Mam nadzieję, że nie. Czy pozbawiam Was złudzeń? Mam nadzieję, że tak. Mniej złudzeń to mniej rozczarowań, a w ostatecznym rozrachunku i tak jest fajnie.