Thriller z mrówką w roli głównej

Dopóki nie miałam dziecka, do głowy by mi nie przyszło, jak dużą rolę w życiu małego człowieka może odegrać mała mrówka.



Podziel się na


Jeszcze w ciąży czytałam z rozbawieniem opowieść Leszka Talko o tym, jak mały Pitu godzinami klęczał na chodniku, obserwując mrówki. Cudza mordęga w postaci lektury bywa źródłem rozrywki, ale w wersji „przeżyj to sam” nie ma w sobie nic śmiesznego.

Gdy moja córka miała półtora, roku śledzenie mrówek na chodniku zajmowało nam większą część spaceru. Na szczęście dla mnie te fascynujące stworzenia mieszkają na naszej ulicy nieopodal murku, na którym znużona matka może sobie przysiąść z gazetą, podczas gdy zachwycony dzieciak, oddaje się kontemplacji mrówczego życia. Potem przyszła zima, mrówki zniknęły, a moje dziecko zajęło się szukaniem dinozaurów pod śniegiem. (Kto oglądał Epokę Lodowcową 3 ten wie, w czym rzecz).

Wraz z wiosną mrówki powróciły. Kłopot w tym, że w wersji rodem z „Ptaków” Hitchcocka. Pewnego popołudnia moje dziecko obwieściło, że ma mrówki pod rajtuzami. Na nic nie zdały się przekonywania, że to niemożliwe, bo mrówki mieszkają na dworze, a nie u nas w domu. Rajtuzy trzeba było zdjąć, a nóżki podrapać. Po niespełna godzinie Nela widziała już mrówki wszędzie: na podłodze, na stole, na psie, na telewizorze, we własnym talerzu, a nawet fruwające w powietrzu. Miała co prawda stan podgorączkowy, ale lekki, naprawdę nic, co usprawiedliwiałoby mrówkowe majaki. Tego popołudnia nie zapomnę do końca życia. Ona darła się w niebogłosy, że otaczają nas mrówki, a my z mężem odchodziliśmy od zmysłów. Cztery razy odkurzyłam mieszkanie, żeby na żadnym sprzęcie nie został najmniejszy paproszek mogący choćby odrobinę przypominać mrówkę. Wymyłam podłogi, wykapałam dziecko – wszystko na nic. Kiedy w końcu Nela zasnęła wyczerpana wielogodzinnym płaczem, byliśmy z mężem bliscy obłędu.

W następnych dniach przeprowadziliśmy aktywne śledztwo w całej rodzinie i przedszkolu, próbując zidentyfikować źródła tej niezwykłej fobii. Nadaremnie. Tymczasem nasza córka bała się wyjść na dwór, a jeśli już udało się ją namówić do spaceru, to wyłącznie po trawie, po której – jej zdaniem – mrówki nie chodzą.

Pewnego razu pojechaliśmy do pobliskiego hipermarketu. Nela z wysokości wózka na zakupy wypatrzyła mrówki na podłodze. Wpadła w tak przeraźliwą histerię, że rzuciliśmy wszystko, żeby przeprowadzić natychmiastową ewakuację dziecka przed mrówkami, a nas przed pełnym politowania wzrokiem gapiów. Przez kilka następnych dni robiliśmy zakupy wyłącznie w osiedlowym warzywniaku, bo wstępu do dużego sklepu skutecznie strzegły mrówki.

Jakkolwiek zabawnie to brzmi, wcale nie było mi do śmiechu. Nie mogliśmy pójść prawie nigdzie w obawie przed spotkaniem z tymi przerażającymi istotami. Wtedy ze zdumieniem skonstatowałam, że na świecie rzeczywiście panuje prawdziwa inwazja mrówek – są w zoo, i w piaskownicy, i na chodniku, i w sklepie, a czasem również na klatce schodowej.

Wspólnie z rodziną i wychowawczyniami w przedszkolu rozpoczęliśmy kampanię na rzecz oswajania lęku przed mrówką. Wieczorami oglądaliśmy naprzemiennie „Mrówkę Z” i „Dawno temu w trawie”. Tłumaczyliśmy, że mrówki są małe, a Nela duża i że to one strasznie się jej boją.

Można mrówkę nadepnąć? – spytała moja córka.
Można – odparłam bezmyślnie, poświęcając życie małej mrówki na rzecz własnego zdrowia psychicznego.

Zaraz jednak zreflektowałam się, że strategia eksterminacji mrówek ma krótkie nogi. Bo nawet, gdyby udało się skutecznie nadepnąć wszystkie, to za pół roku mogłoby się okazać, że bohaterami nowej wersji thrillera będą koty. I co wtedy?

Z opresji wyratował mnie mąż, który wziął córę na litość. Zaczął jej tłumaczyć, że mrówki mają całe rodziny – tatusiów i mamusie, siostrzyczki i braciszków i że jest im strasznie smutno, kiedy któreś zginie pod bucikiem Neli. Świadomość, że mrówki mają dzieci, rodziców i dziadków pozwoliła Nelce nawiązać z nimi nić porozumienia i od tej chwili znowu klęczeliśmy na chodniku, udzielając odpowiedzi na pytania o status rodzinny mijających nas osobników.

Dziś sytuacja jest pod kontrolą. Ale jeszcze się nie cieszę. Ponieważ ostatnio moja córka powiedziała:

Mamo, bąk.
– Jaki bąk?
– No tu lata.
– Nela, nic nie lata.
– Mamo, bo ja nie lubię bąków. Ja tylko lubię komary, pająki i mrówki.