Ból porodowy

„Po co mam cierpieć, skoro może nie boleć?” – rzuciła jedna z uczestniczek szkoły rodzenia. Czy ból porodowy jest potrzebny? Kobiety chcą rodzić szybko i bezboleśnie. Czy właśnie dlatego tak wzrasta liczba cesarskich cięć?



Podziel się na


Marta, rodziłaś i siłami natury, i przez cesarkę. Jak lepiej? – często słyszę to pytanie.

Według mnie ból przy porodzie siłami natury jest nie do opisania. Bolało mnie wszystko od koniuszków włosów po czubek małego palca u lewej stopy. Kilka godzin po porodzie oznajmiłam mężowi, że nie będziemy mieć kolejnych dzieci – chyba, że sam je sobie urodzi.

Po dwóch latach przyszło mi jednak rodzić ponownie. Tym razem ciąża została rozwiązana przez cesarskie cięcie. Nie ze względu na lęk przed bólem, tylko na bliźniaki.

Jak dla mnie poród przez cięcie był szybki, prawie bezbolesny. Już kilka godzin po nim poszłam po swoje dzieci, żeby się nimi opiekować. Nie miałam problemów z karmieniem, które podobno często dotykają kobiety po cesarce. Szybko doszłam też do siebie. Wiszący brzuch towarzyszył mi co prawda trochę dłużej niż po porodzie siłami natury, ale w końcu wygrałam z nim walkę – i wrócił na swoje dawne miejsce. Pozostała tylko mała blizna w dole brzucha.

Cesarka wydawałaby się idealnym rozwiązaniem, a mimo to kolejne dziecko chciałabym urodzić w domu. Zwariowałam?

Jedna z bohaterek filmu „Poród w ekstazie” rodziła w domu 38 godzin bez znieczulenia. Cierpiała ogromnie, a mimo to była szczęśliwa, że wybrała taki rodzaj przyjścia na świat swojego dziecka.

Dlaczego kobiety wybierają taki poród?

Film kończy się mniej więcej takimi słowami: Gdyby ktoś powiedział ci, że możesz przeżyć najbardziej niesamowitą, ekscytującą, mistyczną chwilę w swoim życiu, czy naprawdę świadomie zrezygnowałabyś z niej?

Bohaterki filmu, których porody przebiegają w warunkach, które same sobie wybrały; w towarzystwie osób, które chciały, żeby towarzyszyły im w tej wyjątkowej chwili; których porody przebiegają naturalnie bez medykalizacji – potrafią przeżyć orgazm przy porodzie.

Chcę rodzić w domu nie ze względu na możliwość przeżycia orgazmu (bo ich akurat mi nie brakuje), ale ze względu na to, że chcę rodzić tak, jak przygotowała mnie do tego natura. Czuję w sobie siłę, która pozwala mi na podejmowanie takich decyzji. Siłę, która często odbierana jest kobietom choćby słowami: Po co ma boleć, skoro może nie boleć.

Chętnie rodziłabym w szpitalu, jeżeli miałabym tam szansę na poród naturalny. Niestety, w Polsce porody naturalne to tylko ok. 3% porodów! Reszta to porody mniej lub bardziej zmedykalizowane. Przeważnie zaczyna się od „niewinnego” znieczulenia lub przebicia pęcherza płodowego, bo skurcze są mało efektywne. Mało efektywne niestety często tak naprawdę oznacza: przyspieszymy poród, bo czeka kolejna rodząca, za którą dostaniemy pieniądze. Potem podanie oksytocyny, żeby było jeszcze szybciej. Rodząca przeważnie godzi się na wszystko (o ile ktoś łaskawie zapyta ją o zgodę), bo ufa położnej, lekarzowi. Ufa obcym ludziom – dlatego, że mają papierek, na którym potwierdzono ich wiedzę, kilka dyplomów na ścianie i kilka literek więcej przed nazwiskiem.

Kobiety przestają ufać sobie, własnemu ciału, instynktowi. Skutecznie nauczyłyśmy się oszukiwać, czy lekceważyć znaki pochodzące z naszego ciała: gdy boli nas głowa bierzemy tabletkę, nie myśląc o przyczynie bólu; gdy jesteśmy głodne – zjadamy batona żeby „zabić” głód. Stosując takie gry z własnym ciałem trudno, żebyśmy mu zaufały w tej prawdopodobnie najważniejszej chwili w naszym życiu.

Moja droga od porodu przez cesarskie cięcie do myśli o porodzie domowym była długa. Im większą wiedzę zdobywałam, tym bardziej przekonywałam się do natury. Nie chcę nikogo namawiać do któregokolwiek z rodzajów porodu. Chciałabym tylko, żeby kobiety zapoznały się ze wszystkimi sposobami, dowiedziały się o ich „za” i „przeciw”. I samodzielnie podjęły właściwą dla siebie decyzję, a nie polegały tylko na zdaniu lekarza. Który często jest później przy ich porodzie nieobecny.